RSS
czwartek, 22 marca 2018
Fabulacja.

Akt II

Część IV

Joanna:    Jeszcze nie teraz! A dlaczego to jeszcze nie teraz? Hm? Możesz mi to łaskawie wytłumaczyć?                          

    Jarosław:    Och, nie zaczynaj od nowa…

     Joanna:    Odpowiedz mi!

                           Cisza.

                 Jarek!

    Jarosław:    To ci się udało.

      Joanna:    Słucham?

    Jarosław:     Niezwykle skutecznie mnie rozbudziłaś.

      Joanna:    Proszę cię, zachowuj się poważnie.

    Jarosław:    Kiedy ja mówię poważnie.

                          Dłuższa cisza.

      Joanna:    Rozumiem. Ile to już trwa? Pół roku? Rok?

    Jarosław:    Przestań.

    Joanna:    W czym jest ode mnie lepsza? Co ona ma takiego, czego ja...

    Jarosław:    Przestań.

                     Joanna:    Proszę cię – tylko mnie nie kłam. Zniosę każdą prawdę, ale kłamstwa...

    Jarosław: Uspokój się! Oprócz ciebie nie było i nie ma nikonikogo.

      Joanna:   I co, może mam ci w to uwierzyć?

    Jarosław: Zrobisz jak zechcesz. Zmusić cię do niczego nie mogęmogę.

                                 Po chwili.

      Joanna:  Nie wierzę ci.

Jarosław: Więc co mam zrobić, do jasnej cholery, żeby cię przekonać!?

      Joanna:  Wiesz.

       Jarosław:  Tylko nie zaczynaj od początku.

       Joanna:  Więc, dlaczego...?

     Jarosław:  Dlaczego, dlaczego?! A dlaczego nie?

       Joanna:  Bo cię kocham.

                  Jarosław:  Ja też cię kocham! Ale nie myślę, żeby to był akurat wystarczający argument, żeby nasz związek formalizować. Jeżeli chcesz mieć dzieci, to będziesz je mieć. A ja będę ich ojcem i dam im nazwisko i co tam jeszcze się z tym wiąże. Nie trzeba do tego żadnych ślubów.

        Joanna:  Nie rozumiem cię, Jarek.

 Jarosław: A cóż tu jest do rozumienia? Zawsze wiedziałaś, jaki jest mój stosunek do instytucji małżeństwa. W tym względzie nie jestem akurat tradycjonalistą. Poza tym, to jeszcze jeden własnoręcznie kręcony bat na siebie i dobrowolnie wręczony Kościołowi i państwu. A tego bym nie chciał. Znasz moje umiłowanie wolności i swobody. W dupie mam wszystkie instytucje, które próbują mnie zmusić do czegokolwiek.

       Joanna: Zawsze znajdziesz wytłumaczenie, zawsze zostawiasz sobie jakąś otwartą furtkę.

     Jarosław:  O co ci chodzi?

       Joanna:  Wiesz dobrze.

                              Jarosław: Jeżeli o to, że kiedyś mogę odejść – to prawda, masz rację. Ale ty też możesz. Poza tym prawdą jest i to, że wszelkie zakazy i nakazy wynikające z faktu zawarcia małżeństwa również niczego nie gwarantują raz na zawsze i ostatecznie. Wręcz przeciwnie – nierzadko jedynie przyspieszają rozpad jakiegoś związku, a te, które jakoś istnieją, trwają w stanie jakby permanentnego zawieszenia. Bo jeżeli nie ma w nich miłości, kochanie, pozostają  jedynie obowiązki i konwenanse i to nawet bardziej wobec otoczenia, niż osoby, którą jeszcze do niedawna się kochało. To wszystko. A taki teatr mnie mierzi, wiesz o tym.

        Joanna: Powiedz lepiej, że się boisz.

      Jarosław: Boję?

Joanna: Obowiązków, obowiązków się boisz i odpowiedzialności!

      Jarosław: Właśnie o tym powiedziałem – o tych pieprzonych obowiązkach i konwenansach wobec otoczenia!

        Joanna: Nie, Jarek, ja mówię o obowiązkach wynikających z miłości i faktu bycia razem w związku małżeńskim. Takich obowiązków się boisz.

      Jarosław: Być może.

        Joanna: Nie – być może, a na pewno.

      Jarosław: Zazdroszczę ci tej pewności. Ale skoro wiesz lepiej...

          Joanna: Jarek, nie myśl, że poprzez to małżeństwo chcę cię zatrzymać przy sobie – tak nie jest. Ale spróbuj i ty mnie zrozumieć. Każda kobieta pragnąca mieć dzieci, chciałaby również stworzyć dla nich prawdziwy dom – nie mieszkanie, a właśnie dom!

                                  Pauza.

                Boże, jak ja mam cię przekonać?! Co mam zrobić?

                         Dłuższa pauza.

Przecież, jak będziesz chciał odejść, to odejdziesz – bez względu na wszystko inne. Nie będę próbowała cię zatrzymywać – przyrzekam. Ale teraz, proszę cię...

                     Dłuższe milczenie.

              Proszę.

                             Pauza.

              Jarek.

                       Po dłuższej chwili.

      Jarosław:  Dobrze, kochanie.

        Joanna:  Naprawdę? Zgadzasz się?!

      Jarosław:  Tak.

        Joanna:  Kocham cię!

      Jarosław:  Uhm. Ja też cię kocham. (do siebie) Na nasze nieszczęście.

Muzyka, utwór T. Nalepy pt. Kiedy byłem małym chłopcem

11:36, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 marca 2018
Fabulacja.

Akt II

Część III

Jarosław:   Ale! To co to za przeznaczenie, jeżeli można go uniknąć? Przecież to nonsens.

              Przeznaczenie:   Widzisz – w twoim życiu, jak i w życiu każdego innego człowieka, istnieją pewne rzeczy – wydarzenia, które determinują to życie, są w nie niejako wpisane. Dzieje się tak wtedy, gdy jest się nieświadomym. Gdy jednak człowiek wie, spodziewa się pewnych wydarzeń, może ich, szczególnie tych złych, niepomyślnych – uniknąć.

                              Po chwili.

     Jarosław:  Uniknąć.

     Przeznaczenie:  Uhm. Uniknąć.

        Jarosław: Ale jak się o nich dowiedzieć? O tych wydarzeniach, naturalnie.

      Przeznaczenie: Powiedziałam – każdy człowiek nosi w sobie mapę nieba i  charakter swój od dnia swoich narodzin, a na dłoni losy swoje. Pamiętaj o tym.

Po chwili.

Jarosław:  Nie. Nic z tego. Nie wierzę ci. No bo co to za „wolny wybór”, jeżeli mogę wybrać jedynie – albo poddać się „przeznaczeniu”, czyli tobie, albo, jak twierdzisz, uniknąć spotkania z tobą?

    Przeznaczenie: A czego byś jeszcze chciał? Jaki jeszcze inny wybór widzisz, którego tutaj nie ma?

          Jarosław:  No...

    Przeznaczenie:  Nie bądź nierozsądny! Przecież konsekwencją wyboru jednej z  tych możliwości, będą twoje kolejne „wolne wybory” właśnie. Ja mówię jedynie o tym, że wiedząc, co cię czeka, możesz do tego odpowiednio się przygotować. Natomiast, co ty wybierzesz, pozostaje twoją i tylko twoją tajemnicą.

         Jarosław:   A jeżeli zdam się na ciebie, to...

    Przeznaczenie:   To też jest to twój „wolny wybór”.

         Jarosław:  Jednak nie do końca autonomiczny i niezawisły.

  Przeznaczenie:  Och, nie komplikuj, dobrze? Nic nie jest do końca niezależne i samoistne. Wszystko ze sobą w jakiś tam sposób wiąże się, splata. Tak to już jest.

        Jarosław:  A przypadek?

    Przeznaczenie:   Co – przypadek?

        Jarosław:  No, jaką on w takim razie odgrywa rolę? Nie ma go w ogóle?

                  Przeznaczenie:  Ależ oczywiście że jest. Powiedziałam ci już – wszystko w jakiś sposób się ze sobą splata. Przypadek w tym kontekście nie jest odosobniony. Zresztą, tutaj ten związek między mną a Przypadkiem nie jest jakiś szczególny – to mój bliźniaczy brat.

                    Jarosław:  Brat. Rozumiem, kolejna brednia.

                     Przeznaczenie:  Ależ z ciebie niedowiarek! To proste – nasze role są wymienne. Z tą jednak różnicą, że jego obecność jest istotniejsza, ważniejsza. Mnie, jak już wiesz, można uniknąć, jego – nie. On jest obecny w każdej sekundzie waszego życia, w każdej waszej decyzji, jest nierozerwalny właśnie z waszą „wolną wolą”.

                      Krótka pauza.

                    Zauważ, jak działają twoje myśli. Miliardy neuronów komunikują się ze sobą za pomocą impulsów elektrycznych. Te połączenia pomiędzy komórkami nerwowymi to tak zwane… Zresztą, nieistotne. Ważne, że podobnie działają twoje myśli – na zasadzie pewnych wolnych, przypadkowych skojarzeń. Oczywiście, nie pozbawionych jakiejś wewnętrznej, świadomej czy też podświadomej logiki, jednak summa summarum zawsze rządzi tym wszystkim mój potężny brat – Przypadek!

         Jarosław:  Tym wszystkim, co nie jest tobą.

        Przeznaczenie:   Tak. Wszystkim, co nie jest mną. Z zasady, z samej natury rzeczy nie wchodzimy sobie w drogę. Nasze drogi mogą się oczywiście krzyżować, przecinać, ale nigdy przebiegać jednotorowo. Przypadek – to przypadek, Przeznaczenie, czyli ja – to przeznaczenie. A tak naprawdę do końca i ostatecznie, istnieje tylko jedno prawdziwe przeznaczenie – śmierć. I jest to, że tak powiem, przeznaczenie wszystkich organizmów żywych. Bez wyjątku. Tutaj nikt wykupić ani wykpić się nie może. To jest niepodważalny i nieunikniony pewnik waszego bytu! Ale ty – ty jesteś jeszcze młody, więc żyj i ciesz się życiem! Pamiętaj tylko – nie żeń się z tamtą kobietą. Nieszczęście, wielkie nieszczęście na waszej drodze. Szkoda młodego życia. Posłuchaj intuicji, która przecież ci coś podpowiadała. Uwierz jej – ona nie kłamie. A teraz żegnaj – czas na mnie. Ranek już za oknem...

        Jarosław:  Ale ja...

     Przeznaczenie:  Pamiętaj, co powiedziałam.

    W ostatnim wyrazie niezbędny jest pogłos. Następuje całkowite wyciemnienie, a po chwili rozświetlenie. Teraz fotel stoi, jak uprzednio – przodem do widowni – ze śpiącym Jarkiem, który po chwili budzi się.

   Jarosław:   (na wpół senny) „Każdy człowiek...” Zaraz, zaraz – „każdy człowiek... nosi w sobie mapę nieba... od dnia swoich narodzin...” Co za cholera!... „Na dłoni losy swoje...”

                Pauza.

„Nie żeń się z tamtą kobietą...”

               Odgłos otwieranych drzwi.

                          „... nieszczęście...”

                Do środka wchodzi Joanna.

   Joanna:  Jestem, kochanie. Masz gościa?

  Jarosław: Kto...? Co...? A, to ty.

    Joanna:  Słyszałam jak rozmawiałeś...

                Jarosław:  Rozmawiałem... Nie, z nikim nie rozmawiałem.

    Joanna:  Wyraźnie słyszałam jak mówiłeś...

  Jarosław:  Nikogo tutaj nie ma.

                     Pauza.

    Joanna:  Nieważne. Dziwnie jednak wyglądasz. W ogóle się nie kładłeś? Może ty chory jesteś?

  Jarosław:  Nie. Nic mi nie jest.

    Joanna:  Nie wyglądasz najlepiej.

                     Pauza.

                   Jarek – mówię do ciebie!

   Jarosław:  Tak? Przepraszam. Co mówiłaś?

     Joanna:  Nie kładłeś się dzisiaj w nocy?

                      Jarosław:  Czy się kładłem...? Tak, oczywiście. Nie, nie kładłem się. Zasnąłem w fotelu. Zmęczony Byłem.

                       Po chwili.

     Joanna:  Jadłeś śniadanie?

   Jarosław:  Nie. Jeszcze nie.

     Joanna:   Przygotuję ci...

    Jarosław:  Nie jestem głodny.

                             Po chwili.

    Joanna:   Pamiętasz naszą wczorajszą rozmowę?

  Jarosław:   Rozmowę? Tak. Naturalnie. Pamiętam.

     Joanna:   I?

   Jarosław:   Co – „i”?

      Joanna:  Myślałeś nad tym?

    Jarosław:  Czy myślałem?

        Joanna:  Co ty tak ciągle powtarzasz? Tak, pytałam – czy przemyślałeś to, co ci powiedziałam. Wczoraj.

                                 Chwila ciszy.

     Jarosław:  Oczywiście.

      Joanna:  No i?

    Jarosław:  Co – „no i”?

  Joanna:  O Boże! Strasznie ciężko mi się dzisiaj z tobą rozmawia. Siły nie masz czy jak? Mówiliśmy...

     Jarosław:  Wiem, o czym mówiliśmy.

                                      Po chwili.

      Joanna:   A więc?

     Jarosław:   Nic.

       Joanna:   Jak to nic?

     Jarosław:   Myślę, że nie powinniśmy...

      Joanna:   Nie powinniśmy. A możesz mi łaskawie powiedzieć, dlaczego?

     Jarosław:   Przynajmniej jeszcze nie teraz...

09:44, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 marca 2018
Fabulacja.

Akt II

Część II

Joanna: Wiedziałam.

Jarosław:   Co wiedziałam, co wiedziałam?! Wiesz, mówisz dzisiaj od rzeczy. Coś ci jest? Źle się czujesz?

Joanna:   Nie, nie zwariowałam, jeżeli o to ci chodzi. Przynajmniej jeszcze nie.

                   Milczenie.

   Jarek?...

                Krótka pauza.

    Ty masz kogoś.

                     Pauza.

     Jarek!

Jarosław:   Tak. Ciebie.

  Joanna:   Ja poważnie mówię.

                      Jarosław:   Rzeczywiście? W takim razie zazdroszczę ci dobrego samopoczucia.

 Joanna:   Dobrze. Porozmawiamy jeszcze o tym.

Jarosław:   Idziesz?

                       Joanna:   Tak. Przyjdę jutro. Może jak się z tym prześpisz, to zmienisz zdanie.

                           Zmierza w stronę wyjścia.

                       Po chwili.

    Jarosław:   Asiu?...

       Joanna:   Słucham?

    Jarosław:   Uśmiechnij się.

                                Pauza.   

            Jeszcze bardziej. No, śmielej.

                                Pauza.

   O!, bardzo dobrze. Teraz dobrze. Dziękuję.

               Joanna wychodzi. Po pewnym czasie.

„Ożeń się ze mną”. Nie rozumiem. Nigdy taka nie była.

   Włącza radio lub wrzuca płytę do kieszeni odtwarzacza, bierze gazetę, siada w fotelu, następnie ją rozkłada i zaczyna czytać. Po chwili rozlega się muzyka ze wstępu do utworu T. Nalepy pt. Co stało się kwiatom, lub też inny jego utwór zatytułowany Usta me ogrzej.

„Ożeń się...”

   Po chwili zasypia. Wyciemnienie. Gdy następuje rozświetlenie fotel znajduje się w  głębi sceny, tyłem do widowni. Może być przez cały czas oświetlony delikatnym światłem punktowym nr 1, światło punktowe nr 2 rozświetla stojące w lewej części sceny łóżko, na którym leży Jarek.

    Jarosław:   Co...? Kto...? Kim jesteś?

   Przeznaczenie:   Nie bój się mnie.

    Jarosław:   Kim jesteś? Czego chcesz?!

     Przeznaczenie:   Przyszłam cię ostrzec.

   Jarosław:   Ostrzec...?

                             Pauza.

                    Nie rozumiem. Przed czym ostrzec?

    Przeznaczenie:   Przed tobą.

            Jarosław:   Przed...

    Przeznaczenie:   Tak. Przed tobą, mój drogi.

            Jarosław:   Zgiń! Zniknij, maro nieczysta.

    Przeznaczenie:   Nie bądź niemądry. No...?

                               Pauza.

Wiesz, zachowujesz się co najmniej groteskowo. Śmieszny jesteś z tym swoim lękiem.

                            Dłuższa cisza.

Tak – tak, nadal tutaj jestem. I wiedz, że nie odejdę stąd, dopóki nie porozmawiamy.

          Jarosław:   O co ci chodzi? Kim jesteś?!

 P Przeznaczenie:   Wyjdź spod tego łóżka. Zachowuj się.

          Jarosław:   Skąd mam mieć pewność, że...

Przeznaczenie:   Już ci powiedziałam – nie musisz się mnie bać. W końcu przyszłam cię ostrzec, a nie straszyć.

   Po chwili Jarek z wahaniem wychodzi spod  łóżka i natychmiast stara się ukryć pod kołdrą.

Jarosław:   Powiedziałaś, że chcesz...

   Przeznaczenie:   Wiem, co powiedziałam.

      Jarosław:   O czym chcesz rozmawiać?

    Przeznaczenie:   O tobie.

     Jarosław:   O mnie?

                                Pauza.

                                 Co – o mnie? Dlaczego?

      Przeznaczenie:   Bo najwyższy czas. Przestań zachowywać się jak dziecko. Czas  wydorośleć!

      Jarosław:   Pieprzenie!

       Przeznaczenie:   No właśnie. Jeszcze pokaż język i będzie całość.

     Jarosław:   Jaka całość?

         Przeznaczenie:   Obrazek dziecinnego zachowania. Właśnie o tym mówię, ale do ciebie nic nie dociera. Jesteś dzieckiem podszyty. I to głęboko.

       Jarosław:   Każdy jest.

         Przeznaczenie:   Ale ty, mam takie wrażenie, jakoś szczególnie grubo jesteś nim impregnowany.

      Jarosław:   Taka karma. A w ogóle, kim ty, u diabła, jesteś, że mnie tak pouczasz?!

       Przeznaczenie:   A jak myślisz?

      Jarosław:   Nie myślę. Nie obchodzi mnie to.

       Przeznaczenie:   Więc po co pytasz?

    Jarosław:   Bo się nie przedstawiłaś. A chcę wiedzieć, z kim rozmawiam.

   Przeznaczenie:   Więc... Cóż, jestem... jestem twoim „przeznaczeniem”.

  Jarosław:   Co...?

    Przeznaczenie:   Jestem twoim „przeznaczeniem”. A teraz wyjdź wreszcie spod tej kołdry!

   Jarosław:  „Przeznaczeniem”? Moim? Co to za żarty?!

       Przeznaczenie:   Ależ jesteś uparty. Wyjdź w końcu spod tej kołdry, to ci wszystko wytłumaczę.

                    Po chwili.

      Jarosław:   No, czego się tak gapisz?

       Przeznaczenie:   Nareszcie!

      Jarosław:   Więc? Co to za żarty z tym „przeznaczeniem”? O czym chcesz ze mną rozmawiać?

       Przeznaczenie:   Już ci powiedziałam – o tobie.

     Jarosław:   To znaczy?

       Przeznaczenie:   To znaczy o tobie. O twojej przyszłości.

     Jarosław:   A co to może ciebie obchodzić?

       Przeznaczenie:     Nie zapominaj – jestem twoim „przeznaczeniem”.

     Jarosław:     Bzdura! Wierutne kłamstwo. O co ci w ogóle chodzi?

       Przeznaczenie:     Przybyłam cię ostrzec.

     Jarosław:     Ostrzec? Przed czym? Jak ostrzec?

       Przeznaczenie:     Nie żeń się.

     Jarosław:     Co...?

       Przeznaczenie:     Nie żeń się z tą kobietą. Ten związek niesie w sobie duże  niebezpieczeństwo.

    Jarosław:     O czym ty, do cholery, mówisz? Jakie niebezpieczeństwo?

         Przeznaczenie:     Każdy człowiek nosi w sobie mapę nieba od dnia swoich narodzin.

      Jarosław:     Co to za brednie...?

    Przeznaczenie:     To nie musi być niebezpieczeństwo grożące bezpośrednio tobie. Ale ten związek, ten układ – to nieuniknione nieszczęście!

  Jarosław:     Chcesz powiedzieć, że ja i Joanna...

                                Po chwili.

(do siebie) „Nieuniknione nieszczęście.” Nie rozumiem. Jakie nieszczęście?

       Przeznaczenie:     Po prostu nieszczęście. Tyle ci musi wystarczyć.

   Jarosław:     Nie wystarcza.

       Przeznaczenie:     Nic ci na to nie poradzę.

       Jarosław:     A wolny wybór? Co w takim razie z wolnością wyboru, z moją wolną wolą?

       Przeznaczenie:     Nic. Jest.

    Jarosław:     No właśnie! Więc sama widzisz, że to, co mówisz, to brednie. Zwykłe banialuki!

       Przeznaczenie:     Mylisz się. Dowodem na to moja obecność tutaj.

     Jarosław:     To znaczy?

       Przeznaczenie:     To znaczy, że przybyłam, żeby cię ostrzec, abyś właśnie wybrał.

    Jarosław:     Sugerujesz, że można, że ja mogę ciebie uniknąć?

       Przeznaczenie:     Właśnie o tym mówię.

05:43, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 marca 2018
Fabulacja.

Akt II 

Pokój – urządzony skromnie: głęboki fotel, łóżko, stół lub ława, do tego dwa-trzy krzesła, telewizor na niskiej szafce, w jej wnętrzu wieża stereofoniczna.

      Jarosław:    O co chodzi?

                                                           Pauza.

                        Joanna?...

        Joanna:    O nic.

     Jarosław:    Przecież widzę.

                                                           Cisza.

                        A więc?

        Joanna:    Proszę cię, daj mi spokój.

     Jarosław:    Coś było nie tak...?

                                                        Po chwili.

Aha, więc o to chodzi. No dobrze, co ja takiego zrobiłem, czy może raczej nie zrobiłem, hm?

                              Pauza.

No, słucham. Wyduś to wreszcie z siebie.

        Joanna:    Nieważne.

     Jarosław:    Być może. Ale jeżeli już zaczęłaś...

        Joanna:    To ty zacząłeś.

       Jarosław:    Ja tylko pytam. Twoje zachowanie sprowokowało mnie do tego.

                                                           Pauza.

                        Więc?

       Joanna:     Zmieniłeś się, Jarek.

     Jarosław:    O, Boże! Nic lepszego nie mogłaś wymyślić w sobotni wieczór i to akurat  po „tym”? Co, nie było ci dobrze?

       Joanna:     Wiesz dobrze, że nie o to chodzi.

                            Jarosław:    Właśnie że nie, kochanie, nie wiem. Wyobraź sobie, że zgłupiałem. Przed chwilą jeszcze miałem wrażenie, że gdybyś mogła, to byś mnie w siebie wchłonęła – całego, a teraz... teraz mówisz mi, że się zmieniłem. Przyznasz, że to co najmniej śmieszne, a już na pewno irracjonalne.

                      Joanna:    To nie ma nic do rzeczy, to znaczy łóżko nie jest tutaj najważniejsze.

      Jarosław:   Czyżby?

        Joanna:    Myślę, że od pewnego czasu...

     Jarosław:    Myślisz, czy może raczej odczuwasz?

        Joanna:    Co za różnica?

     Jarosław:    Och, kolosalna, kochanie. Bo jeżeli tylko myślisz, to zawsze możesz się mylić – pozostaje to bowiem jedynie w sferze kalkulacji, abstrakcji, złudzeń. Jeżeli natomiast odczuwasz, to, oczywiście, może być prawda, ale też i nie musi. To bardzo subiektywne. Zależne od mnóstwa czynników.

        Joanna:    Więc dobrze – odczuwam, jeżeli o ścisłość.

     Jarosław:    Słucham. Mów dalej.

                                                       Cisza.

No, dokończ. Co takiego „odczuwasz” w związku z tą moją niby zmianą?

        Joanna:    Ty, naturalnie, niczego nie dostrzegasz.

     Jarosław:    Wybacz, kochanie, widocznie mój wrodzony optymizm nie   pozwala mi na dostrzeżenie rzeczy najoczywistszych – przynajmniej najoczywistszych dla ciebie.

        Joanna:    I ten twój cynizm. Kiedyś...

     Jarosław:    Przestań się w końcu wygłupiać i powiedz wreszcie, o co ci chodzi i skończmy z tym!

                                                             Po krótkiej chwili.

        Joanna:    Czy ty mnie w ogóle jeszcze kochasz?

     Jarosław:    A co to ma wspólnego...

        Joanna:    Odpowiedz mi.

     Jarosław:    Nie rozumiem. Ktoś ci coś powiedział...?

        Joanna:    Nie.

     Jarosław:    Ja ci powiedziałem?

        Joanna:    Nie.

     Jarosław:    Więc skąd ci to przyszło do głowy?

        Joanna:    Twoje zachowanie...

     Jarosław:    Moje zachowanie!

        Joanna:    Właśnie tak – twoje zachowanie.

                          Jarosław:    A cóż takiego, do jasnej cholery, jest w moim zachowaniu, co skłoniło cię do takiego właśnie myślenia?

        Joanna:    Sam powinieneś wiedzieć.

     Jarosław:    Więc nie wiem. Bądź tak wspaniałomyślna i oświeć mnie.

      Joanna:    Mam wrażenie, że potrzebna ci jestem jedynie jako zbiornik na spermę, a nie jako partnerka na życie. Jakbyś zapomniał, że w kontaktach damsko-męskich potrzeba czegoś więcej, czegoś, co było dawniej między nami...

     Jarosław:    Może to przyzwyczajenie, kochanie. Rutyna jest zgubna dla każdego związku. A my jesteśmy ze sobą już kilka lat, więc... Zresztą, z pewnością nie jest to już takie uczucie jak na początku, jednak nie powiem że mniejsze. Być może mniej intensywne. W końcu miłość z wiekiem przybiera różne oblicza. To naturalne zjawisko.

        Joanna:    Dawniej jednak byłeś...

     Jarosław:    No? Dokończ.

        Joanna:    Czulszy, rozumiejący mnie – poświęcałeś mi więcej uwagi...

     Jarosław:    Co, za krótka była gra wstępna?

        Joanna:    I znowu ten twój cynizm. Jesteś wstrętny! Okropny!

   Jarosław:    Przepraszam. Ale, wybacz, to, co mówisz, staje się cholernie infantylne. To tak, jakby mała dziewczynka miała pretensje do mamusi, że nie jest chłopczykiem.

        Joanna:    Ja nie mam pretensji. Mówię tylko, jak odczuwam...

     Jarosław:    Czujesz się zaniedbywana? Odsunąłem się od ciebie? Nie sypiamy ze sobą?

        Joanna:    Nie w tym rzecz. To znaczy – to nie jest do końca tak jak mówisz. Oczywiście, niby wszystko jest tak jak dawniej, w porządku, ale tylko z pozoru...

     Jarosław:    Z pozoru? Co przez to rozumiesz?

                                                       Pauza.

             Proszę cię tylko bez łamigłówek. Wiesz, że tego nie cierpię.

        Joanna:    Ożeń się ze mną.

     Jarosław:    Słucham?

        Joanna:    Ożeń się ze mną.

     Jarosław:    Ty żartujesz?

        Joanna:    Przemyślałam to. Nie chcę już tak dalej żyć.

     Jarosław:    To znaczy, jak? Co ci się nie podoba w takim życiu?

        Joanna:    Sam dobrze wiesz.

     Jarosław:    Dotąd ci to nie przeszkadzało.

       Joanna:    Ale teraz przeszkadza. Widocznie się starzeję.

     Jarosław:    Nie wierzę, że mówisz to poważnie.

        Joanna:    Nigdy nie byłam poważniejsza. To ty przestań się wreszcie zgrywać!

                                                 Chwila ciszy.

      Jarosław:   Nie wiem, co cię dzisiaj ugryzło.

                                                      Pauza.

                        Joasiu... Nie burzmy tego, co jest między nami, co...

        Joanna:    Więc uważasz, że małżeństwo zniszczy naszą miłość, to wszystko, co między nami jest teraz. To ciekawe.

     Jarosław:    Wiele dobrych związków przez to właśnie się skończyło.

        Joanna:    I wiele też trwa dalej, więc to żaden argument. Widocznie wszystkie tamte związki były nieudane. Nie wytrzymały pewnej próby, jaką postawiło przed nimi życie.

     Jarosław:    Mimo to nie myślę, żeby akurat w naszym przypadku taka legalizacja była niezbędna.

        Joanna:    Więc nie chcesz.

                            Jarosław:    Nie – nie chcę, jedynie odradzam. Poza tym znasz to powiedzenie: długie narzeczeństwo, krótkie małżeństwo. Nie myślę, żeby wzięło się ono z niczego.

       Joanna:    Nie wiem czy zauważyłeś, ale ja jestem kobietą, mam już swoje lata – chcę mieć dzieci, dom, prawdziwą rodzinę. Czy to tak trudno zrozumieć?

                          Jarosław:    I uważasz, że małżeństwo cudownie to sprawi. Nie bądź śmieszna. Dzieci możemy mieć równie dobrze i bez tych wszystkich formalności. Nie umrą z tego powodu.

10:15, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2018
Fabulacja.

Część VI

 

Ona:   Tym razem wypiję za to, że... że trafiłam tutaj akurat dzisiaj na ciebie, a nie na jakiegoś nudziarza, czy nie daj Boże, zboczeńca.

On:     Hola – hola! Nie chwal dnia przed zachodem słońca. Jeszcze mnie nie znasz tak naprawdę.

Ona:   Jednak zaryzykuję. Twoje zdrowie!

                    Po chwili.

          A ty, gdybyś był tutaj sam, nie bałbyś się?

 On:     Gdybym był sam?

                        Pauza.

Raczej nie. Nie byłoby tutaj nikogo oprócz mnie, a siebie bać się nie zwykłem, więc…

Ona:   Oczywiście, głupie pytanie. Ty przecież, jak powiedziałeś wcześniej, jesteś bardzo odważnym mężczyzną – pracujesz w końcu na ostatnim piętrze...

On:     To akurat nic nie ma do rzeczy. Można nie mieć akrofobii, a jednocześnie panicznie nie znosić na przykład ciemności, czy czegoś innego. Człowiek podatny jest na różnego rodzaju fobie. Ja... ja nie myślę, żebym się bał czy też obawiał jednego czy drugiego. Poza tym ciemność nie jest taka straszna, jak się wydaje z pozoru. Jest nawet chyba bezpieczniejsza...

Ona:    Bezpieczniejsza?

 On:     Od dnia. Od jasności dnia.

Ona:    „Bezpieczniejsza od jasności dnia”. Być może.

                          Pauza.

(Oddaje mu „kieliszek-nakrętkę”.) Jednego jednak jestem pewna: nigdy nie zapomnę smaku tego trunku.

On:    Tego się nie zapomina. To jest jak grzech, którego człowiek nie chce się pozbyć. Niczym przedsionek raju…

Ona:    Trafnie to ująłeś. I ładnie – tak poetycko.

                                Po krótkiej chwili.

 On:     I koniec.

Ona:    Nic nie trwa wiecznie.

On:     Może to i lepiej. I tak nie można by tego za dużo wypić – mogłoby zemdlić.

Ona:    Bo tym należy się delektować, niespiesznie, z przyjemnością. Tylko wówczas można doszukać się prawdziwego jej smaku…

            Nagle włącza się światło.

   Reżyser:     (od strony widowni) Stop! Stop!

            Wstaje i idzie w kierunku sceny.

            Kto, do jasnej cholery, włączył to pieprzone światło?!

            Na scenę wbiega młody mężczyzna.

     Mężczyzna:  Przepraszam, panie Reżyserze...

    Reżyser:  Czy to naprawdę takie trudne włączyć światło w odpowiednim momencie?!

    Mężczyzna: Przepraszam... Kartki mi się zlepiły i myślałem że to już… Naprawdę bardzo przepraszam.

Ona:    Może jutro dokończymy? Mam dzisiaj spotkanie, na którym bardzo mi zależy...

  Reżyser: O czym pani mówi? Jakie spotkanie? Jakie jutro?! Czy wyście dzisiaj wszyscy powariowali? Wie pani, co może być jutro? Jutro to może być wojna, do jasnej cholery!...

 On:     To czego ty się w takim razie tak denerwujesz?

           W międzyczasie młody mężczyzna schodzi ze sceny.

   Reżyser:    Ty nie bądź taki dowcipny, dobra? (do niej) Czy zdaje sobie pani z tego sprawę, że pojutrze premiera? Pojutrze! A pani co – jakieś spotkania sobie urządza. To jest teatr, praca!

Ona:    Tego akurat nie musi mi pan przypominać. Darujmy sobie.

    Reżyser:     A właśnie, że nie byłbym tego taki pewien.

Ona:    (do siebie) Świnia.

    Reżyser:     Słyszałem.

On:      Do cholery, o co ci chodzi? I tak mieliśmy za pół godziny już kończyć.

  Reżyser:    Pewnie, pół godziny – co to jest? To nic, że to cały akt. Dla was to tylko pół godziny. Nieważne, że pojutrze premiera. Ważne jest jakieś pieprzone spotkanie! Ale nic z tego – nie mam zamiaru tłumaczyć się dyrektorowi, dlaczego nie zdążyłem na czas z przedstawieniem. Wiedziała pani, że jest próba, że mamy koszmarnie mało czasu i próby mogą się przedłużyć. Macie parę minut przerwy i lecimy z drugim aktem.

           Schodzi ze sceny za kulisy.

Panowie, nie śpimy, nie śpimy! Proszę przygotować się do drugiego aktu.

Ona:     Za kogo on się uważa – za Boga?

On:      Czas go nagli...

Ona:    Ale nikt nie dał mu prawa tak traktować ludzi. Więcej szacunku! Pieprzony sukinsyn!

                      Po chwili.

On:      I co zrobisz?

Ona:    Nic – nie pójdę. Pan i władca przecież zdecydował.

On:      W garderobie mam coś na rozluźnienie. Przyda nam się przed drugą odsłoną.

Ona:    Masz rację, muszę to jakoś odreagować.

On:      Więc chodźmy. Niewiele czasu zostało.

Schodzą ze sceny. Jednocześnie rozbrzmiewa utwór T. Nalepy Usta me ogrzej. Po jakimś czasie następuje jej wyciemnienie.

                 Koniec aktu I

12:00, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 marca 2018
Fabulacja.

Część V

        Za spotkanie!

                    Po chwili.

       Tak, wyśmienite.

                       Pauza.

       To co, jeszcze po jednym?

Ona:   Nie za szybkie tempo? Mam słabą głowę...

On:    Tu nie ma policji – może się pani nie obawiać. Zresztą, od takich dwóch naparstków nie traci się przytomności.

                       Pauza.

         No?

Ona:    Dobrze. Ale tylko jeszcze ten jeden.

                             Po chwili.

      On:    I jak, pijana?

     Ona:    Jeszcze nie, ale przy takim tempie wszystko jest możliwe.

      On:    Bez obaw, żeby to zrobić, trzeba by wlać w siebie ocean tego płynu. A to w końcu niemożliwe – jest za słodki. Za pani pomyślność!

             Wychyla kieliszek.

               Jarosław.

     Ona:    Proszę...?

      On:    Jarosław, to znaczy Jarek jestem.

     Ona:    Ach tak... Joanna.

      On:    Joanna.

     Ona:    Słucham?

     On:     Staram się sobie przypomnieć kogoś znajomego o tym imieniu, ale nikt nie przychodzi mi do głowy w tym momencie. Dziwne.

     Ona:    Po co?

      On:    Co – „po co”?

     Ona:    Dlaczego starasz się kogoś sobie przypomnieć?

     On:    Bo ja wiem...? Myślę, że to taki mechaniczny proces. Zawsze, gdy poznaję kogoś nowego, zestawiam go z kimś, kogo już znam o tym właśnie imieniu. Tak mimowolnie.

     Ona:   Ciekawe. I co?

      On:   Nic. Ludzie są różni.

     Ona:   Nie było to za bardzo odkrywcze.

     On:   Bo też i ja nie jestem żadnym Kolumbem czy Edisonem. Ot, takie moje małe nieszkodliwe dziwactwo. Jedno z wielu zresztą.

     Ona:   Zauważyłam.

      On:   Spostrzegawcza jesteś. No i?

     Ona:   Hm?

      On:   Przeszkadza ci to?

      Ona:   Powiedziałam coś takiego?

      On:    No nie, ale... Nieważne.

                             Pauza.

            Wiesz, masz bardzo ładny uśmiech. Powinnaś się częściej uśmiechać. Gdybym umiał malować...

     Ona:   Jak widzę nie tracisz czasu.

      On:    Nie wiem, co masz na myśli. Mówię, jak jest.

     Ona:   Dziękuję, jesteś bardzo miły. Tym bardziej miły, że przecież również bezinteresowny.

       On:   To nic trudnego, gdy mówi się prawdę.

                                Pauza.

                Naprawdę bardzo ładny uśmiech, Zauważyłem, że kobiety spod znaku „panny” mają taki właśnie uśmiech. Określiłbym go jako promienny. Jakby śmiały się całą sobą.

      Ona:    Muszę cię rozczarować – jestem spod „byka”.

     On:    No, kobiety spod twojego znaku również naturalnie...

    Ona:    A ty, mimo że jesteś spod „raka”, uważaj, żebyś nie utonął.

      On:     Właśnie, a propos – czas się napić.

      Ona:    Za co tym razem?

      On:     Nieustannie za nas.

      Ona:    Za „skazanych na siebie”, tak to brzmiało?

      On:    Doskonale! Właśnie tak.

                                Po chwili.

     Ona:   Naprawdę dobra. Boję się tylko, że ten miodownik odkryje we mnie utajone dotychczas skłonności alkoholiczne.

      On:    Nie minie nikogo, co komu pisane.

     Ona:    Jak zwykle potrafisz znaleźć odpowiednie słowo w każdym momencie. Prawdopodobnie niezwykle budujące jest mieć cię przy sobie w trudnych chwilach.

      On:     Mówiłem przecież – daj mi tylko trochę czasu, a poznasz więcej moich zalet.

      Ona:    Bez wątpienia.

                             Po chwili.

      On:     Niewiele zostało.

      Ona:    Proszę?

      On:    Tyle tylko. Nie warto zostawiać.

      Ona:    Wszyscy tacy sami.

     On:    Słucham? Jacy – „wszyscy”? O czym ty...

   Ona:    Wy – wszyscy mężczyźni! Bez wyjątku. Nie spoczniecie, dopóki nie zobaczycie dna, co?

      On:   To tylko wódka na miodzie. Nic złego…

      Ona:   Oczywiście, zawsze tak się mówi. Na początku.

      On:     Na początku?

      Ona:    Och, nie udawaj! Dobrze wiesz, o czym mówię.

      On:     Nie rozumiem. Ale dobrze, jeśli chcesz, mogę to schować.

                             Po chwili.

     Ona:   Przepraszam. Zdaje się, że się trochę wygłupiłam.

      On:    Nic się nie stało. Nie ma o czym mówić.

     Ona:    Po prostu źle mi się kojarzą takie obrazki.

      On:     Rozumiem.

      Ona:    Wszystko zaczęło się jeszcze w domu – gdy byłam dzieckiem. Te nigdy nie kończące się pijackie awantury ojca, ustawiczny płacz matki... A potem, gdy myślałam że to już koniec, że mam to poza sobą i pojawił się on... Znowu wszystko powróciło jakby ze zdwojoną siłą.

                         Dłuższa pauza.

               To chyba ta wódka. Przepraszam.

       On:  On.

     Ona:    Mój partner, z którym byłam trzy długie lata. Znacznie starszy ode mnie, co nie było bez znaczenia.

      On:    Kochałaś go.

      Ona:    Na moje nieszczęście. Łudziłam się, walczyłam – on przyrzekał, że już nigdy więcej, że to koniec – wszystko na nic. I chyba nawet nie wiedział, że kłamał – wierzył w to. Tak samo zresztą jak i ja, głupia.

     On:  Życie to nie kołysanka – nie wszystkich pieszczotliwie utula do snu.

      Ona:   To prawda.

                            Po chwili.

      On:   I co, w końcu odeszłaś?

      Ona:   To już się stało nie do wytrzymania. Byłam jednym strzępkiem nerwów.

      On:    A on? Co się z nim stało?

      Ona:    Nie wiem. Więcej już się z nim nie widziałam.

      On:    Nie szukał cię? Nie starał się, żebyś wróciła?

      Ona:    Możliwe. Nie wiem.

      On:    To znaczy?

     Ona:  Postanowiłam całkowicie zerwać z przeszłością, z tym wszystkim, w czym dotychczas tkwiłam. Zmieniłam miejsce zamieszkania, środowisko, zaczęłam po prostu inaczej żyć. Z jednym podstawowym celem, który już znasz, a który przywiódł mnie dzisiaj tutaj, do tego miejsca.

      On:    I dziękować Opatrzności za ten cel!

                            Pauza.

             No dobrze, wznoszę więc toast za twój cel, za ciebie i w ogóle za twoją pomyślność!

                          Po chwili.

     Ona:   A ja? Zapomniałeś o mnie?

      On:    To mi się podoba! Decyzja prawdziwie niezależnej kobiety.

                Napełnia kieliszek po czym podaje go jej. 

                                Po chwili.

09:08, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2018
Fabulacja

Część IV

On:  Że co, że nie te same? Myli się pani. W numerologii wszystkie liczby sprowadza się do pojedynczej cyfry. A suma pani liczb i moich, to dziewięć. O tyle też jestem od pani starszy. I co pani na to?

Ona:    Przypadkowa zbieżność.

On:     I kto tu jest bardziej uparty?

Ona:    Na pewno nie bardziej niż pan.

On:    Dobrze. Spod jakiego znaku jest pani ojciec? To znaczy chodzi o znak zodiaku.

Ona:    Tata? Z osiemnastego lipca.

On:   Jest spod „raka”. Ja również. Poza tym osiemnasty lipiec, to kolejna dziewiątka, a także liczba podzielna na dwie dziewiątki. A jak ma na imię szanowny tatuś?

Ona:    Krzysztof.

On:     A mój Jakub.

Ona:    Faktycznie – kolejna zgodność. Imiona niemal identyczne!

On:    Niech się pani śmieje – proszę bardzo. Imiona ich, co prawda, są różne, ale imieniny mają w tym samym dniu: dwudziestego piątego lipca. Na dodatek w miesiącu urodzin pani ojca, mojego – chociaż jest spod „lwa”, a także moich!

Ona:   Zawsze wszystko można próbować jakoś wytłumaczyć – choćby na siłę. Ale tak, jak nie wierzę w spiskowe teorie dziejów, tak również nie wierzę i w tę pana wątpliwą teorię o przeznaczeniu.

On:     Nie musi pani. Pożyjemy – zobaczymy, co przyniesie życie.

Ona:    Właśnie.

On:     A póki co – „jesteśmy skazani na siebie”.

Ona:    Jak „Skazani na Shawshank”.

On:     Albo na bluesa. Bardziej mi odpowiada blues.

Po chwili wyjmuje harmonijkę ustną ze swojej teczki (torby).

Ona:    Organki? Będzie pan grał?

On:     Zaśpiewam dla pani. To będzie taki nasz wspólny blues.

      Utwór Co stało się kwiatom T. Nalepy może wykonywać aktor, ale równie dobrze może być odtworzony oryginał z playbacku przy jednoczesnym pozorowaniu śpiewu przez aktora.

          Po jakimś czasie.

Ona:  Coraz bardziej mnie pan zaskakuje. Faktycznie muzyka jest, brakuje tylko kolacji, o której pan już wcześniej wspomniał...

On:    Słucham?

Ona:    Mówił pan przecież o dobrej kolacji i muzyce.

On:     Nic prostszego!

Ona:    Oczywiście, tylko zamówić.

On:     Zgadza się.

                     Po chwili.

Ona:    Więc?

On:     Właściwie to nie jestem głodny. A pani?

Ona:    W zasadzie też – przed wyjściem jadłam, ale... Ależ jestem głupia! Nie wiem, dlaczego nie pomyślałam o tym od razu. Przecież mam komórkę. Po prostu zadzwonię i nas stąd uwolnią.

            Szuka telefonu w swojej naramiennej torebce.

            Gdzie on znowu się zapodział?

               Po dłuższej chwili.

      Cholera! Z tego pośpiechu zapomniałam, że wczoraj wieczorem podłączyłam ją do ładowarki i najzwyczajniej w świecie zapomniałam o tym.

On:    Spokojnie. Zaraz włączą światło...

Ona:   A pan, pan nie ma telefonu?

On:    Mam.

Ona:   No i nic pan nie mówi?!

On:    Bo to komórka pracownicza.

Ona:   Niech pan nie kombinuje. Przecież to bez znaczenia.

On:     Tak się tylko pani wydaje. Bo jako telefon pracowniczy trzymam go w pracy.

Ona:   Jeżeli to miało być śmieszne, to akurat ten żart był bardzo marny.

On:    To kwestia czasu. Rozkręcę się.

Ona:   Naturalnie. Nie wątpię.

                   Pauza.

          Więc naprawdę nie ma pan tego cholernego telefonu?

On:    Niestety.

Ona:  Doskonale!

On:   Niech się pani tak nie irytuje i spojrzy na to jednak z innej perspektywy. Nikt nam nie będzie przeszkadzał...

Ona:   O czym pan, do diabła, mówi?! Przecież i tak nikt nam nie przeszkadza.

On:    Mówię o naszej nie zamówionej kolacji i muzyce. Już zaczynało tak ładnie się układać, zawiązywaliśmy między sobą nić porozumienia...

Ona:    Tak-tak – już był w ogródku, już witał się z gąską

 On:  Otóż to! Może miejsce nie jest najlepsze, to prawda, ale czy w innym mielibyśmy okazję się poznać i tak ze sobą rozmawiać? Poza tym, tak jak już powiedziałem, nikt nam nie przeszkadza – nawet jakiś zabłąkany kelner...

Ona:   Kelner.

On:    Usługujący nam do wspomnianej kolacji...

Ona:  Niech pan już da z tym spokój. Nie ma i nie było żadnej kolacji, żadnych kelnerów...

On:   Hola – hola, nigdy nie można mieć pewności. Teraz tak wiele przypadkowych rzeczy się dzieje…

Ona:   Ha! I przyłapałam pana.

On:    Niby na czym…?

Ona:  Niedawno mówił pan z takim zaangażowaniem o przeznaczeniu, że już niemalże mnie pan przekonał, a teraz nagle ten przypadek. Co, zmiana frontu?

On:  Myli się pani. To tylko my – ludzie przyjmujemy coś jako przypadek i oddzielamy to od przeznaczenia. W rzeczywistości jest to jeden wspólny mechanizm, gdzie przypadek jest częścią składową przeznaczenia.

Ona:   Naturalnie. W ten sposób wszystko można sobie bardzo pięknie wytłumaczyć. Doskonały przykład słownej ekwilibrystyki!

On:    Taka jest prawda.

Ona:   Pana prawda.

On:    Nasza prawda.

Ona:   Mówi pan tak, jakby wykupił na nią jakiś patent. Naprawdę jest pan nieomylny?

 On:   Dobrze. Dajmy już temu spokój.

                   Pauza.

          A co do tej przyobiecanej kolacji to, co prawda, jedzenia żadnego nie mam, ale buteleczkę, że tak powiem „pocieszycielki”, zawsze przy  sobie noszę.

      Wyjmuje ze swojej teczki/torby małą „piersióweczkę”. Za kieliszek służy nakrętka wykonana w takim właśnie kształcie.

       To, oczywiście, nie zastąpi kolacji, jednak to zawsze jakiś zamiennik. Napije     się   pani?

Ona:   Właściwie i tak już nie zdążyłam na spotkanie, a od oczekiwania tutaj można  przecież zwariować.

On:   Cierpi pani na klaustrofobię?

Ona:  Na szczęście nie. Ale i bez tego to miejsce potrafi zrobić swoje.

On:    Niestety, będziemy musieli wypić z jednego – po góralsku. Proszę.

Ona:  Za co mam wznieść toast?

On:   Za cokolwiek.

Ona:  W takim razie piję za nasze spotkanie!

                    Po chwili.

 On:   No i jak, smakowało?

Ona:   Przyjemne. Rzekłabym sama słodycz.

 On:    Nic dziwnego, bo to na miodzie. Nie lubię mocnych trunków.

                      Pauza.

 

12:59, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 marca 2018
Fabulacja

Część III

Ona:    Naturalnie, nic prostszego. Dziękuję za genialną radę! Od razu widać, że nie jest pan kobietą – typowe myślenie nic nierozumiejącego mężczyzny.

  On:    Niepotrzebnie tak bardzo się pani irytuje.

Ona:    Bo nie lubię takiego pustego gadania! To – „Spróbuje pani gdzie indziej” trwa już kilka lat. A czas, niestety, nie jest tak wspaniałomyślny i nie stoi w miejscu. W tym zawodzie szczególnie szybko ucieka.

 On:     A nie próbowała pani czegoś innego?

Ona:    Oczywiście że próbowałam. Musiałam przecież z czegoś żyć.

 On:     I co, nie wyszło?

Ona:    Robił pan coś kiedyś bez zamiłowania?

 On:     Wiele razy.

Ona:    Wspomina to pan z jakimś szczególnym sentymentem?

 On:     No... Raczej nie. Nawet na pewno nie.

Ona:    Więc ma pan odpowiedź. Zajmowałam się już kilkoma rzeczami w swoim, jak pan zdążył zauważyć, niezbyt długim życiu. A to byłam hostessą przy promocji różnych produktów w sklepach, a to sprzedawczynią, a to zrobiłam sobie kurs robienia tipsów i malowania paznokci...

 On:     Tipsów?

Ona:    Sztuczne paznokcie.

 On:     Aha.

Ona:    Ale tak naprawdę chciałam tylko jednego: być fotomodelką.

 On:     Będzie pani.

Ona:    Oczywiście. Bo pan jest przecież prorokiem, jasnowidzem czy kim tam jeszcze i przepowiada świetlaną przyszłość.

 On:     Ludzie zdeterminowani, tak jak pani, wcześniej czy później osiągają w końcu to, co zamierzają.

Ona:    Brzmi to nieomal jak obietnica. Ale mam nadzieję, że pan się nie myli.

 On:     Nie, nie mylę się – znam się na ludziach. W tym, co zamierza pani robić, nie wystarczą tylko ładna buzia i zgrabne nogi. Trzeba być przede wszystkim osobowością. Pani nią jest.

Ona:    O, dziękuję. Nie wiem tylko, czy to zwykły komplement, czy też...

 On:     Tak?

Ona:    Nie, nic.

 On:     Podrywam panią? To pani miała na myśli?

Ona:    Może. Nieważne.

 On:     A gdyby nawet, to co? Popełniam jakieś wykroczenie?

Ona:    Nie. Oczywiście że nie. Ale wtedy pana sąd może nie być obiektywny.

 On:     To prawda, podoba mi się pani. Dlaczego miałbym to ukrywać?

Ona:    Pan zawsze jest taki bezpośredni?

 On:     To pozostałość z frontu. Zawsze idę na całość.

Ona:    Młodo pan wygląda, jak na frontowca.

 On:     Bo nie powiedziałem z jakiego frontu. Ten akurat służy mi wyśmienicie.

Ona:    Szczęście, że nie był pan w partyzantce.

 On:     W partyzantce?

Ona:    Ci zachodzili przeciwnika zawsze od tyłu.

 On:     (ze śmiechem) Brawo! Punkt dla pani.

            Słychać głuche uderzenia. Ktoś na jednym z poziomów budynku uderza w drzwi windy.          

            Ona uderza ponownie w drzwi i ścianę windy.

Ona:    Halo! Pomocy!

Nikt jednak nie reaguje, jakby jej głos był niesłyszalny.

On:     Mówiłem pani – zaraz włączą prąd i będziemy wolni. Wcześniej nikt nam nie pomoże. Szkoda pani energii.

Ona:    Ależ pan jest...

 On:     Tak?

Ona:    Bez serca! Nie chciałabym mieć pana przy sobie w chwili potrzeby i zwątpienia. Pociecha, to nie jest pana najmocniejsza strona.

 On:     Myli się pani. Po prostu nie lubię tylko bezsensownego działania.

                           Cisza.                                            

            Muszę przyznać, że jednak coraz bardziej mi się tu podoba.

Ona:    Podoba? Też pan wymyślił! Gust, to ma pan raczej niezbyt wyszukany.

 On:     Być może. Ale pani sprawia, że...

Ona:    Niech pan włączy alarm. To naprawdę staje się ciut niebezpieczne.

 On:     Lubię niebezpieczeństwo.

Ona:    Czyżby?

 On:     Pracuję na najwyższym piętrze. I załatwiam się w damskiej toalecie.

Ona:    (ze śmiechem) Rzeczywiście, to wymaga niemałej odwagi. Zaprawdę dzielny z pana mężczyzna.

 On:     „Do odważnych świat należy”.

Ona:    Niewątpliwie.

                       Po chwili.

 On:     „Skazani na siebie”.

Ona:    Proszę?

 On:     „Skazani na siebie” – ładnie to brzmi, nie uważa pani?

Ona:    Zależy, kogo dotyczy.

 On:     Tak w ogóle.

Ona:    Tak w ogóle – to możliwe. Ja, na przykład, może – cieszę się, to za dużo powiedziane, jednak ostatecznie, biorąc pod uwagę okoliczności, na pewno wdzięczna jestem losowi, że pan tu jest...

 On:     Słucham?

Ona:    Mówię, że wdzięczna jestem losowi, że pan...

 On:     Słyszałem. Tylko nie musi pani żartować czy też kłamać...

Ona:   Mówię prawdę. No bo jeżeli ta winda i tak miała się zatrzymać, jak pan wcześniej mówił, to niech pan pomyśli: gdybym tak wsiadła do niej sama, pana by tutaj nie było, a winda zatrzymałaby się nagle między piętrami, na dodatek zgasłoby światło, to nie wiem, ale chyba umarłabym ze strachu.

 On:     Mógłby wsiąść ktoś inny.

Ona:    Naturalnie że mógłby. Ale kto? Ludzie są bardzo różni. Zresztą, mógłby i nie wsiąść.

 On:     Zawsze mogłoby być inaczej. Ale stało się, jak się stać miało...

Ona:    Wiem – wiem: skazani na siebie.

 On:     Doskonale! Szybko się pani uczy.

Ona:    Może jestem zdolna – nie pomyślał pan o tym?

 On:     Nie dosyć że ładna i zgrabna, to na dodatek jeszcze inteligentna. Tym bardziej pasujemy do siebie.

Ona:    Taki pan pewny?

 On:     Ile pani ma lat?

Ona:    Może jeszcze mam podać swoje wymiary, imiona rodziców, gdzie mieszkam i numer telefonu, hm?

 On:     Spokojnie, do tego przejdziemy później.

Ona:    Nie uważa pan, że za dużo sobie wyobraża?

 On:     Nie myślę. Jedynie spytałem. Więc?

Ona:    Co – „więc?”

On:      Ile pani ma lat?

Ona:    A co to ma...

 On:     Niech pani powie – zobaczymy.

Ona:    Ależ pan namolny. Dwadzieścia trzy, mam dwadzieścia trzy lata. Zadowolony pan?

 On:     No proszę – ja mam 32, czyż to nie jest jakiś znak?

Ona:    Znak? Jaki znak? Jest pan starszy o dziewięć lat i tyle. To wszystko.

 On:    Nie – nie, moje trzydzieści dwa lata, to odwrotność pani dwudziestu trzech, czyż nie?

Ona:    No, niby tak, ale...

 On:     Nie przekonałem?

Ona:    Mocno naciągane. Już panu powiedziałam: jak dla mnie nadaje pan zbyt duże znaczenie rzeczom, które mają znacznie mniejszy wymiar.

 On:     Więc idźmy dalej. Na którym piętrze pani mieszka?

Ona:    Na trzecim.

 On:     Ja również. Pod  jakim numerem?

Ona:    Osiemnaście.

 On:     A ja dwadzieścia siedem.

Ona:    No widzi pan sam, że śmieszne rzeczy pan mówi.

15:28, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 marca 2018
Fabulacja

Część II

                       Chwila ciszy.

Ona:    Słucham, niech pan mówi dalej. Może czegoś interesującego się dowiem.

On:      Nie będę pani zanudzał.

Ona:    W końcu i tak nie ma tutaj zbyt wiele do roboty.

                    Po chwili wahania.

 On:   Cóż, chodzi o to, że każde zdarzenie rozgrywa się w jakimś czasie i przestrzeni. My właśnie takim zdarzeniem jesteśmy, tworząc niejako punkt na tej czasoprzestrzennej płaszczyźnie. Proszę sobie teraz wyobrazić, że z tego właśnie punktu rozchodzą się wszystkie promienie światła. I to, co doprowadziło nas tutaj, to nasza przeszłość, której wspomniany wcześniej stożek rozszerza się ku dołowi, drugi stożek to przyszłość – i ten z kolei rozszerza się od tego punktu, w którym się znajdujemy, ku górze. Wszystko to, co przed nami, co nas czeka, znajduje się właśnie w tym rozszerzającym się ku górze stożku.

Ona:    Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego on jest świetlny?

On:      Ponieważ wszystkie informacje, jakie biegną do pani lub od pani znajdującej się w tym konkretnym punkcie czasoprzestrzennym, poruszają się z prędkością światła, tworząc właśnie wspomniany przeze mnie wcześniej stożek. Ale dajmy już z tym spokój!

                         Po chwili.

Ona:    Ciekawe to, co pan mówi.

On:      Dziękuję. Są rzeczy, które dzieją się ponad. Jakby niezależnie od nas samych, naszej woli.

Ona:    Mówi pan teraz o przeznaczeniu...?

 On:     Między innymi.

Ona:    To interesujące. Proszę dalej – słucham.

 On:     To wszystko. Po prostu nie powinniśmy z tym walczyć.

Ona:    My. Czy właściwie pana zrozumiałam? Powiedział pan…

 On:     To znaczy ludzie. W ogóle. My też. A właściwie pani. Bo ja nie  walczę.

Ona:  Doskonale. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba?

 On:     O, teraz pani cytuje. Ale można i tak.

Ona:    Banał.

                           Pauza.

            Ma pan papierosy? Muszę zapalić – może to mnie uspokoi.

 On:     Błąd.

                           Pauza.

            Że akurat papieros przyniesie pani spokój i ulgę.

Ona:    Zawsze mnie uspokaja.

 On:    Autosugestia. Z biologicznego punktu rzecz ujmując jest całkiem na odwrót – papieros atakuje cały system nerwowy.

Ona:    Ależ pan mądry! Nawet internet nie jest panu potrzebny. Zresztą, ważne, jak się po nim czuję, a nie to, jak i na co działa.

 On:     I nie szkoda pani?

Ona:    Szkoda? Czego?

 On:    Wszystkiego. Zdrowia, urody. Z czasem cera pani twarzy, jeżeli będzie pani nadal palić naturalnie, będzie się zmieniać w ziemistą, niezdrową...

Ona:    Ależ jest pan upierdliwy! Wystarczy powiedzieć, że nie ma pan papierosów i tyle. Jakbym chciała słuchać kazań, poszłabym do kościoła.

 On:     O, to też ich wina.

Ona:     O czym pan znowu...

 On:     O nerwach. I papierosach naturalnie. One powodują większą nerwowość.

Ona:    Zdenerwowana, to ja jestem całą tą sytuacją. Przyniósł mi pan dzisiaj pecha i tyle. W ogóle jest pan pechowy. Nie dosyć że pracuje na trzynastym piętrze, to na dodatek jeszcze nie pali. No po prostu pech do kwadratu! Gorzej chyba już trafić nie mogłam.

 On:     Złudzenie. Nie zna pani mojego szwagra. Ten to by dopiero dał pani popalić, to znaczy nie dosłownie – bo nie pali, ale tak w ogóle. Ja, przyznam, mam już go dosyć po piętnastu minutach. Nie wiem, jak moja siostra z nim wytrzymuje, więcej – nie wiem, jak on sam ze sobą wytrzymuje. To jest dopiero upierdliwy typ.

Ona:    Więc w porządku – może mogłam trafić gorzej. Ale to wcale nie znaczy, że trafiłam dobrze.

 On:     Spokojnie. Niech pani tylko da sobie szansę...

Ona:    Słucham? Mam dać sobie szansę?

 On:     No dobrze – mnie. Niech pani mnie da szansę, a zaskoczę panią.

Ona:    Ciekawe. Można jeszcze gorzej?

 On:     Mówią, że jestem duszą towarzystwa, że nie można się przy mnie nudzić.

Ona:    Więc niech się pan zatrudni jako wodzirej. Zbije pan majątek. A i przy okazji talent się nie zmarnuje.

 On:     Wyczuwam nutkę ironii w pani głosie.

Ona:    Skąd! Jeżeli jest tak, jak pan mówi, to szkoda by było, żeby taki talent się zmarnował, a… A tak w ogóle, to czym pan się zajmuje?

 On:     Mam firmę. Reklamową.

Ona:    Na trzynastym piętrze.

 On:     Na trzynastym.

Ona:    I co, nie przynosi strat?

 On:     A dlaczego miałaby przynosić? Bardzo dobrze funkcjonuje.

Ona:   No oczywiście. Zważywszy lokalizację, to po prostu kokosowy interes. Koło fortuny!

  On:   To przesądy. Jakieś bzdurne gusła. Szczęście się ma albo nie – i nic tutaj takim czy innym liczbom do rzeczy. Więc niech pani nie wierzy w tę niby pechową trzynastkę. W ogóle to ta trzynastka dotyczyła francuskich Templariuszy i to na dodatek siedemset lat temu.

Ona:    Czyżby?

 On:     Naturalnie. Król francuski Filip Piękny IV był u nich potwornie zadłużony, a że nie miał z czego oddać, więc załatwił ich sądownie. Tak się złożyło, że wyrok zapadł właśnie trzynastego, w piątek zresztą, stąd i cała jego zła sława.

Ona:    Być może. Ale na razie, to jakoś trudno mi uwierzyć, że jest inaczej.

On:      Myli się pani. Ponoć gorsza jest na przykład liczba osiem – że już o innych nie wspomnę.

                           Pauza.

            W numerologii. Właśnie ósemka jest bardziej niefartowną liczbą niż trzynastka.

Ona:    W numerologii. A ja mam swój problem, który jest związany z trzynastką – czego pan jest dzisiaj najlepszym przykładem. Negatywnym przykładem.

 On:     Niech pani nie przesadza. Dla wielu jestem pozytywem. Niech mnie pani tylko trochę lepiej pozna.

Ona:    I co, pewnie zrobi mi pan świetną reklamę i stanę się gwiazdą światowych wybiegów i wszystkich magazynów mody.

 On:     To całkiem prawdopodobne. Proszę się nie śmiać.

Ona:    Przepraszam. Ale to jest silniejsze ode mnie.

 On:     Przekona się pani jeszcze. Jak tylko stąd wyjdziemy.

Ona:    Właśnie. Musimy się w końcu z tej pułapki uwolnić. Uderza w drzwi ręką, następnie kopie je.

Halo? Jest tam kto?! Halo?!

 On:     Niech pani nie krzyczy. To nic nie da. I nie kopie tych biednych drzwi. Tylko je pani uszkodzi.

Ona:    Chcę stąd wyjść, słyszy pan? Wyjść!

                         Po chwili.

 On:     Już?

Ona:    To wszystko przez pana! Gdyby nie to pechowe trzynaste piętro...

 On:     To by było ósme i też byłoby pechowe. Tak się miało stać i tyle. Siła wyższa. Poza tym mówiłem już pani – to ostatnio często tutaj się zdarza i nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek pechem liczbowym, a więcej z zaległością w opłatach za prąd.

Ona:     A niech pan idzie do diabła! Ta pana bierność jest irytująca.

 On:    Jeśli naprawdę nic nie można poradzić, po co się doprowadzać do szaleństwa?

Ona:    Co, kolejna mądrość ludu? Jest pan wstrętny! Wstrętny.

                      Dłuższe milczenie.

            Co, dlaczego nic pan nie mówi?

 On:     Nie chcę pani irytować.

Ona:    Ach, niech pan przestanie. Nie pan mnie irytuje, ale cała ta okropna sytuacja.

                            Pauza.

            Od dłuższego już czasu starałam się o taką właśnie pracę i gdy dzisiaj niemal że mi się udało spełnić moje morzenie – byłam umówiona na spotkanie... Nie wiem, co ja zrobię... Taki pech!...

 On:     Więc chce pani pracować jako modelka.

Ona:    Tak. A ściślej fotomodelka. Śmieszne, co?

 On:     Praca jak każda inna. Ale jeżeli jest pani dobra, dostanie ją pani.

Ona:    Może. Ale już nie tutaj. Spóźnienia nigdzie nie tolerują.

 On:     To spróbuje pani gdzie indziej.

10:55, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 marca 2018
Fabulacja

                                                         Fabulacja

Osoby:

On (Jarosław)

Ona (Joanna)

Przeznaczenie

            Reżyser

            Mężczyzna

Winda. Po chwili pojawia się On i kieruje się w jej stronę. Wchodzi do niej. W następnym momencie na scenę wbiega Ona.           

            Ona:    Jeszcze chwileczkę! Proszę poczekać...

                          Podbiega do windy, wsiada.

                        Dziękuję panu.

On: Ja też nie przepadam za schodami. Chociaż niektórzy mówią, że to zdrowie. Dziwne mają upodobania, nie uważa pani?

                                                  Cisza.

          Nieważne. Które?

Ona:    Słucham?

 On:     Które piętro. Nie nacisnęła pani.

Ona:    Ach tak... Ósme.

 On:     Szkoda.

      Pauza.

            Wysiądzie pani wcześniej. Ja jadę na trzynaste.

Ona:    (zajęta jest sobą: poprawia ubranie, czegoś szuka w torebce) Aha.

 On:     Pracuję tam.

                                               Chwila milczenia.

            Tak, jednak szkoda.

                                               Po krótkiej chwili.

Ona:    Przepraszam. Pan coś mówił?

 On:     Mówię, że szkoda, że pani wysiada tak wcześnie.

Ona:   Pan jest bardzo miły, ale nawet gdybym jechała na trzynaste, tak czy inaczej wysiadłabym wcześniej.                

 On:     Przepraszam, jeżeli czymś panią uraziłem...

Ona:    Nie, nie w tym rzecz. Po prostu trzynastka to pechowa liczba, więc...

                Gaśnie światło.

           Co się stało?

 On:     Stoimy.

Ona:    Niech pan naciśnie guzik!

                                                Po krótkiej chwili.

 On:     Nic. Nie pomaga.

Ona:    Może nie ten.

 On:     Nacisnąłem prawie wszystkie.

Ona:    To niemożliwe! Musi być stąd jakieś wyjście. Jestem umówiona...

 On:     Niech się pani nie denerwuje. To nic nie da.

Ona:  Dobrze panu mówić, pan jest na miejscu – w pracy. Ale dla mnie to życiowa szansa.

 On:  Zaraz pewnie włączą. Ostatnio dosyć często to się tutaj zdarza. Na szczęście, jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony. Nauczony przykrym doświadczeniem noszę przy sobie awaryjnie latarkę. Zaraz zrobi się jaśniej.

Ona:    Powiedział pan, że ostatnio to się często tutaj zdarza...

 On:     Kilka firm w tym biurowcu zalega z opłatami, dlatego zakład energetyczny, co jakiś czas przypomina im o swoim istnieniu.

Ona:    W ten sposób?

 On:     Cóż, każdy walczy o swoje. A cel uświęca środki – ponoć.

Ona:    Nie wątpię. Tylko że w ten sposób cierpią również niewinni.

 On:     Siła wyższa. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

Ona:    Pan zawsze tak?

 On:     To znaczy?

Ona:    Szasta tymi mądrościami ludu.

 On:     Drażni to panią?

Ona:    Jest mi to obojętne.

 On:     Musze przyznać, że wiele w nich prawdy. I przydają się, jak pani widzi.

Ona:    Niewątpliwie.

                                                      Po chwili.

            Długo jeszcze?!

 On:     Już ją mam.

Wraz z włączeniem latarki w pomieszczeniu robi się znacznie jaśniej. Wykorzystane może być w tym momencie światło punktowe do oświetlenia windy.

            No proszę, nie wygląda to znowu tak tragicznie. Powiedziałbym, że nawet kameralnie. Brakuje tylko dobrej kolacji, muzyki i czegoś do siedzenia.

Ona:    Czy przypadkiem nie za dużo pan sobie wyobraża?

 On:     I znów mnie to dopadło. Od maleńkości na to cierpię.

Ona:    Proszę?

 On:    Mam chorą wyobraźnię. Gdziekolwiek się znajdę zawsze imaginuję sobie zbyt wiele.

Ona:    Pan się wygłupia, a ja naprawdę nie mam nastroju do żartów.

 On:     W takim razie przepraszam.

                                          Po dłuższej chwili.

            A ja jestem jednak zadowolony.

                                                   Krótka pauza.

       No tak. Nie co dzień przecież ma się przyjemność przebywać w towarzystwie takiej kobiety.

Ona:    Podrywa mnie pan?

 On:     Po prostu mówię, co widzę. Bez żadnych podtekstów. Zresztą, jest pani niejako skazana na mnie...

Ona:    Skazana?

 On:     To znaczy na moje towarzystwo. Tymczasowo, oczywiście.

Ona:    Oby.

                                                       Po chwili.

 On:     Szkoda. Ale rozumiem.

Ona:    Och, przepraszam. Nie chodziło mi o pana, ale o tę całą sytuację z windą i w ogóle. Właśnie dzisiaj, kiedy naprawdę zależy mi na czasie, kiedy może się coś wydarzyć istotnego w moim życiu, zdecydować na przyszłość – wszystko okazuje się stracone. I przez co? Przez brak prądu! Bardzo zabawne. Trzeba być naprawdę w czepku urodzonym, żeby coś takiego się przytrafiło.

 On:     To jeszcze nie dramat. Bywają rzeczy gorsze.

Ona:    Jeżeli to miało być pocieszenie, to...

 On:     Nie. Powiedziałem to, żeby pani coś uświadomić, żeby spojrzała pani na to z innej perspektywy.

Ona:    Mianowicie?

 On:     Wierzy pani w przeznaczenie?

Ona:    A co to ma do rzeczy?

 On:     Zobaczymy. Niech pani odpowie.

Ona:    Czasami.

 On:     To znaczy?

Ona:   Są chwile, kiedy wierzę w nie bardziej, i są też takie, kiedy uważam, że wszystko jest dziełem wszechpotężnego przypadku. Tych drugich chwil jest znacznie więcej, jeżeli chodzi o ścisłość.

 On:     Uhm.

                                                       Po chwili.

Ona:    No i?

 On:     Słucham?

Ona:    To wszystko?

                                                      Krótka pauza.

            Coś chciał mi pan uświadomić.

 On:     Właśnie to.

Ona:    Co?

 On:     Że może ta winda, to... przeznaczenie.

Ona:    Przeznaczenie? Czyje? Pana, czy moje?

 On:     Nasze. Wspólne.

Ona:    Mogłam nie wsiąść.

 On:     Mogła pani. Ale pani wsiadła.

Ona:    Zaczekał pan.

 On:     Zgadza się.

Ona:    Za dużo w tym, jak dla mnie, przypadkowości. Równie dobrze mogłam się spóźnić, równie dobrze mógł pan nie czekać, czy w końcu równie dobrze ktoś inny mógł być na moim miejscu. I tak dalej, i tak dalej.

 On:     Wszystko to prawda.

Ona:    Więc?

 On:     W tym rzecz, że to była pani.

Ona:  Niestety. Co nie zmienia faktu, że i tak uważam, iż ta cała pana argumentacja jest bardzo mocno naciągana.                  

 On:   To pani zdanie. Według mnie stało się to, co się stać miało. Jesteśmy skazani na siebie.

Ona:     Tak, wiem. Już pan to mówił.

 On:   Skazani chwilowo, rzecz jasna. Tu i teraz. W tej, że tak to określę, czasoprzestrzeni, niewykluczone jednak, że z perspektywą świetlanej przyszłości.

Ona:    (ironicznie) Świetlanej przyszłości! – a to dobre. Niech pan jeszcze powie że wspólnej, to już w ogóle będzie komplet. W końcu nieszczęścia chodzą parami.

On:      Oczywiście.

Ona:    Taki pan pewny?

On:      Naturalnie. Ponieważ każda przyszłość jest świetlana.

Ona:    Czyżby?

On:      Fizyka. Wyznacza ją właśnie coś na kształt świetlnego stożka.

                                          Chwila ciszy.

13:37, mykerynos
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione. więcej: http://dagome.blox.pl/html kontakt: czaplinski@tlen.pl